Litości, znowu to robił. Widziałem porozumiewawcze gesty Buda i Jima.
Terence Rogers (albo jak nazywaliśmy tego małego dupka: Sir Terry) znowu się na
mnie gapił. To już robiło się trochę żałosne. Mały, głupi, bogaty dzieciak z
mocno rozwiniętą manią prześladowczą…
- A twój wielbiciel znowu wzdycha! – zachichotał Jim, przyjaźnie
klepiąc mnie po ramieniu.
Roześmiałem się, chociaż wcale nie było mi do śmiechu. Nienawidziłem,
kiedy ten głupi dupek po raz kolejny wystawiał siebie (i mnie przy okazji) na
pośmiewisko. Pojmowałem, że nie był zbyt lubiany w szkole, ale z jakiegoś
powodu nawet jego pieniądze nie sprawiły by ludzie spojrzeli na niego choć
odrobinę przyjaźniej.
- Zaraz się zesram z radości, że przyszedł – burknąłem czym wywołałem
jeszcze większy entuzjazm ze strony moich licealnych przyjaciół.
- Mandy będzie na trybunach – poinformował mnie Bud.
Uśmiechnąłem się udając, że jestem tym faktem zachwycony. Kolejna
idiotka, która wyobrażała sobie nie wiadomo co.
Bez zbytniego entuzjazmu wziąłem swoją torbę i ruszyłem w kierunku
szatni. 400 metrów stylem motylkowym samo się nie wygra.
- Czekaj, to idę z tobą! – zawołał Jim.
Też chwycił swoją torbę i ruszył szybkim krokiem za mną. Nie miał co
marzyć o zwycięstwie w zawodach, ale też chyba nigdy nie aspirował do tego.
Pływał raczej dla tego całego pisku dziewczyn, pokazywania bicepsów i zdjęcia w
ramce.
- Przestań się denerwować – powiedział. – I tak ich wszystkich
pokonasz.
- Nie denerwuję się.
- Pewnie.
- Po prostu mam dość Rogersa – wyrzuciłem to z siebie, zanim zdążyłem
się powstrzymać. – Może was to bawi, ale drażni mnie, że ten palant cały czas
się za mną włóczy.
- Ja też się za tobą włóczę. I Bud – podsunął spokojnie.
Przewróciłem oczami.
- Wiesz, że nie o to chodzi. Wy jesteście moimi kumplami. Sir Terry to
idiota.
- Jest bogaty.
- Super – mruknąłem z przekąsem. – I tylko dlatego jeszcze go toleruję.
Prawdę mówiąc to był powód dla którego jeszcze bardziej go nie
cierpiałem. Był tym małym, niewyróżniającym się typem dupka, który wygrał na
loterii życia rodząc się w rodzinie równie bogatych dupków jak on sam. W
dodatku te dupki były sponsorami stypendiów dla najzdolniejszych młodych
sportowców w liceum. I choćby z tego powodu nie powinienem okazywać mu jak
bardzo go nie cierpię.
Dotarliśmy do szatni. Połowa pływaków już zdążyła się przebrać. Nie
cierpiałem, kiedy wszyscy ustawiali się w kolejce do przebieralni, żeby
naciągnąć na siebie kąpielówki. Chociaż najgorsi i tak byli ekshibicjoniści,
którzy przebierali się w ogólnej części wspólnej dla wszystkich.
Bez słowa podszedłem do swojej szafki. Wyciągnąłem z torby strój i
okulary do pływania. Jim od razu ruszył do przebieralni. Czekając na niego
podskakiwałem nerwowo i rozciągałem się. Rozgrzewka w dżinsach nie była dobrym
pomysłem, ale przynajmniej na chwilę mogłem zająć swoje myśli. Swoją drogą Terence
Rogers nie powinien mnie aż tak denerwować. Jasne, jego zachowanie było męczące
i irytujące, ale… właściwie to nie robił nic złego.
Rozpiąłem guziki swojej koszuli. W sumie zawody rejonowe nie były aż
tak ważne, żebym się nimi nadmiernie denerwował. Byłem całkiem nieźle
przygotowany. Trener Jones męczyła mnie wystarczająco bym osiągnął dobrą formę.
Jasne, może jeszcze nie byłem najlepszym pływakiem w kraju, ale potrafiłem
zabłysnąć na zawodach i wyróżnić się dobrym czasem.
- Wyglądasz jak młody bóg – mruknął Jim wychodząc z przebieralni. –
Jeszcze więcej nonszalancji i wszystkie panienki będą twoje.
Wykrzywiłem usta w czymś co miało udawać uśmiech. Chwyciłem swój strój
i sam wszedłem do przebieralni. Może właśnie w tym był problem, że
niespecjalnie interesowałem się dziewczynami. To nie tak, że nie interesowałem
się wcale, po prostu… nie zajmowały tak ważnego miejsca w moich życiu jak
powinny.
Wchodząc na basen od razu zobaczyłem trenerkę Jones oraz… Buda. Chyba
zwróciłem na niego uwagę nawet wcześniej niż na Mandy i przeklętego Sir
Terrego. Gruby, poczciwy Bud, miał w ręku ogromny banner ze słowami: „Cooper
wygra!”. Obok niego, dzielnie klaskała Mandy.
- O rany, ale jesteś lubiany – westchnął Jim z ledwo wyczuwalną
zazdrością w głosie. – O, nie jest tak źle, zobacz Cristina mi macha.
Ale ja zdążyłem już zauważyć Rogersa, który pokazał mi, że ma ściśnięte
ręce. On naprawdę myślał, że zależy mi na jego dopingu?
- Ayden, uważaj na chłopaka po swojej lewej – z rozmyślań wyrwała mnie
trener.
Posłałem jej jeden ze swoich (jak miałem nadzieję) najpiękniejszych
uśmiechów, taki którym chciałem przekazać: „że niby ja nie dam rady jakiemuś
bubkowi?” i nałożyłem na głowę czepek.
- Ayden poradzi sobie z każdym – lojalnie wsparł mnie Jim.
- A ty Derrick pamiętaj o oddychaniu – przypomniała mu groźnie. – Liczę
na was.
- Nie zawiedziemy pani – rzuciłem pewnie siebie.
- To Thomas Berenstein. Wiesz, że on wygrał trzykrotnie zawody stanowe Teksasie?
- Więc co robi tutaj? – zapytałem obserwując atletycznego blondyna,
który właśnie robił bardzo widowiskową rozgrzewkę.
Kolejny, młodociany burak.
- Jego rodzice przenieśli się do Virginii – wyjaśniła. – W każdym
razie, nawet jeśli przegrasz to nic się nie stanie. Traktują go jak objawienie
sportowe. Podobno specjalnie dla niego zamykają trzy razy w tygodniu wcześniej
kąpielisko, żeby mógł trenować.
Błąd. Kolejny, młodociany, bogaty burak.
W milczeniu robiliśmy rozgrzewkę. Rozciągałem mięśnie i starałem się
oczyścić umysł. Kiedy po raz pierwszy wskoczyłem do wody od razu poczułem, że
pływanie jest tym, co chciałbym robić przez całe swoje życie. Uwielbiałem
otaczającą mnie ciszę kiedy zanurzałem się w wodzie i ten huk, kiedy ramiona
młóciły powietrzę i uderzały o taflę.
<><><>
Ściągnąłem gogle z oczu i nabrałem gwałtownie powietrza. W głowie mi
dudniło, ale przede wszystkim musiałem zobaczyć tabelę wyników. Po mojej lewej
stronie Thomas Berenstein robił to samo.
- Dobry jesteś – powiedział lekko, uśmiechając się wymuszenie. – Jak na
świeżaczka, oczywiście.
- Dobry jesteś jak na bogatego cwaniaczka,
oczywiście – odparowałem.
Był ode mnie lepszy o całe pół sekundy. Wyszliśmy
z basenu. Thomas wyglądał jakby miał coś jeszcze powiedzieć, ale zamknął się.
Obu z nas otoczyli nasi trenerzy z ręcznikami w ręku. Jones miała jeszcze jeden
dla Jima, który zajął zaszczytne piąte miejsce. Mimo to widownia kibicowała nam
mocniej niż Berensteinowi.
- O chłopie, ale wyrwałeś – mruczał mój
przyjaciel. – Widziałeś, że Bud już coś żre?
- Zdziwiłbym się, gdyby wytrzymał bez posiłku tyle
czasu.
Roześmieliśmy się. Chwilę jeszcze dyskutowaliśmy o
Berensteinie po czym nadeszła pora na medale. Właściwie to chyba właśnie to
lubiłem w Jimie. Jemu naprawdę nie zależało na zwycięstwie i naprawdę bardzo
się cieszył, kiedy udawało mi się stanąć na podium.
- Robimy imprezę. Będą dziewczyny i alkohol… -
zaproponował mi godzinę później, kiedy przebrani wychodziliśmy z budynku.
- Super.
- Dwudziesta?
- Znowu twoi rodzice wyjechali?
Pokiwał głową uśmiechając się.
- Będę – obiecałem.
W moim kierunku zbliżał się młodszy od nas o dwa
lata Miller. Ani Jim, ani Bud nie mogli zrozumieć co lubię w tym długowłosym
chłopcu w rurkach i kraciastych koszulach. Pożegnałem się z kumplem i czekałem
aż Lee Miller do mnie podejdzie.
- Trzymałem za ciebie kciuki – powiedział na
powitanie.
- No myślę.
- I byłeś zdecydowanie lepszy od Berensteina.
- No myślę.
Nie spuszczałem z niego wzroku czekając aż się
zarumieni.
- Proszę, nie każ mi tego mówić – nerwowo bawił
się swoimi rękoma.
- Wracamy razem, czy na kogoś czekasz? –
zapytałem.
- Razem.
Lee Miller był chyba wszystkim tym czego normalny
człowiek nie powinien lubić w innym człowieku. Drobny, chudy o wysokim,
piskliwym głosie nawet wśród swoich (równie pokręconych jak on) znajomych nie
mógł uchodzić za heteroseksualistę. Poznałem go pół roku wcześniej, kiedy w
ramach korków dla mniej uzdolnionych uczniów musiałem pomagać mu w geometrii. W
moim życiu prawie wszystko kręciło się wokół pieniędzy a działalność szkolna
była szczególnie wysoko punktowana przy różnych stypendiach. Lee nie rozumiał
matematyki i pozostawał raczej wyalienowany. Zawsze byłem trochę egoistą i
egocentrykiem. Chyba dlatego tak łatwo przyszło mi zaakceptowanie jego
nadmiernego zainteresowania i podziwu.
A potem to już samo poszło. Pewnie jestem draniem,
ale chociaż w zamian za jego uczucie nie potrafiłem mu ofiarować niczego
głębszego to na swój sposób pomogłem mu. Przestał mieć problemy z matematyką,
dzięki temu, że parę razy okazałem mu jawnie sympatię jakoś przestał być
wyrzutkiem społecznym i… od trzech miesięcy się nie ciął.
- Nie widziałem cię na zawodach – zauważyłem,
kiedy wchodziliśmy razem po schodach do jego mieszkania.
- Przyszedłem jak rozmawiałeś z trener Jones – powiedział
zarumieniony. – Wiesz, że napisałem piosenkę o tobie?
Zmarszczyłem czoło rozbawiony. Już sobie
wyobrażałem jak straszna musiała być. Jak na króla mroku Lee pozostawał
okropnie infantylny w swoich tekstach.
- Wyznałeś w niej jak bardzo cię pociągam? –
rzuciłem, kiedy otwierał drzwi od swojego mieszkania.
Przepuścił mnie przodem. Odczekałem aż wejdzie za
mną i zamknie drzwi. Chwilę później przycisnąłem go do ściany i pocałowałem.
Westchnął niczym spragniony i entuzjastycznie zaczął oddawać mi pocałunki.
- No to co tam jest w tej piosence? – zapytałem,
odrywając się od niego.
- Nazwałem cię w niej Kyla – wymamrotał. –
Zresztą, zaśpiewam ją na koncercie w przyszłym miesiącu.
- Na koncercie? – podchwyciłem, niby przypadkiem
wodziłem palcem po jego twarzy.
Lubiłem to jak drżał pod moim dotykiem i nawet nie
udawał, że mu na mnie nie zależy. Był dość otwarty w swoich pragnieniach.
- Tak, gramy w Dark Roomie – wyjaśnił.
Och, Dark Room. Jak bardzo nienawidziłem tej
głupiej speluny, którą z takim namaszczeniem traktował jako najlepsze miejsce
do rozwijania swojej kariery muzycznej. Lee przywarł do mnie całym ciałem
czekając aż mu pogratuluję.
Zmiąłem w ustach wszystkie słowa prawdy, które
chciałem powiedzieć i rzuciłem zdawkowe:
- Bardzo się cieszę.
- Przyjdziesz?
Widziałem w jego dużych, ciemnych oczach, że
znaczyło to dla niego zdecydowanie zbyt dużo. Nie cierpiałem metalu i nie
darowałbym sobie gdyby ktokolwiek domyślił się, że Lee Miller nie jest tylko
moim kolegą, któremu pomagam w nauce.
- Zazdroszczę ci, że mieszkasz sam – zmieniłem
nieudolnie temat.
- Eee, tak. Wiesz, możesz tu zawsze wpadać – miał
przybity głos i widać było, że jest mu przykro.
Litości!
- Postaram się przyjść – rzuciłem ugodowo.
- Naprawdę się postarasz?
- Pewnie – roześmiałem się prowadząc go na kanapę.
Niecierpliwie skierowałem jego dłonie na widoczne
w moich spodniach wybrzuszenie. Westchnął rozpinając skórzany pasek i nerwowo
odpinając guziki. Pozwoliłem mu się pieścić.
- Uwielbiam cię – mruknąłem siadając. Lee klęczał między
moimi nogami. Wsunąłem dłoń w jego włosy i bezmyślnie je gładziłem.
Zawsze twierdził, że przede mną sypiał tylko z
jednym człowiekiem, ale jego doświadczenie było… spore. Dokładnie wiedział, co
i w którym momencie należało zrobić, żebym był zadowolony.
Jego rodzice rozwiedli się kiedy miał cztery lata.
Ojciec był jakimś niespełnionym biznesmenem a matka niezbyt znaną modelką.
Wychowywała go babcia, po której śmierci odziedziczył niewielką kawalerkę, w
której mieszkał.
Chyba trochę mu zazdrościłem tej samodzielności,
którą miał. Żadnego rodzica, który by wisiał nad głową, żadnych większych
obowiązków… Nawet ta jego rozbrajająca uczciwość w kwestii tego jakiej był
orientacji.
Uniósł głowę słysząc mój cichy jęk. Jak on na mnie
patrzył… Zupełnie tak, jakby oddawał mi całego siebie. Od samego początku aż do
końca. Syknąłem do chodząc.
Oddychałem ciężko czując jak stres związany z
zawodami powoli ustępuje. Lee podniósł się na równe nogi i nieśmiało usiadł
obok mnie wtulając się w moje ramie. Naciągnąłem spodnie i objąłem go. Czułem
jak łomocze jego serce i jak rozpaczliwie czepia się tej wspólnej chwili.
- Może ugotujemy razem obiad? – zaproponował. –
Robię bardzo dobre spaghetti.
- Wiem – cmoknąłem go w czoło, zastanawiając się
czy miałem czas na takie bzdury. Chętnie zjadłbym z nim, chyba nawet chętniej
niż z kimkolwiek innym ale przed imprezą u Jima musiałem jeszcze wpaść do domu
i sprawdzić czy z matką wszystko dobrze.
- Proszę. Tak mało spędzamy ze sobą czasu.
- Dobra, ale mamy maksymalnie 1,5 godziny. Potem
muszę wrócić do domu i przebrać się na imprezę do Jima.
Lee uśmiechnął się niewyraźnie, ale nic nie
powiedział. Wstał i podszedł do kuchenki. Przez krótką chwilę podziwiałem jego
opanowane, pewne ruchy i pozornie stoicki spokój. Mył pomidory na sos.
Wstałem i podszedłem do niego. Prawie, że niedbale
i niby przypadkiem objąłem od tyłu. Na krótką chwilę zesztywniał ale po niej
mocno oparł się o moją klatkę piersiową. Jego oddech powoli się uspokajał i
dopiero w tym momencie zrozumiałem, że był zdenerwowany.
- Co się dzieje? – zapytałem, cmokając go tuż przy
uchu.
- Zawsze tak będzie?
- Jak?
- Po szkole, z dala od wszystkich… - wyliczał.
Przewróciłem oczami. Czego on ode mnie oczekiwał?
- A jak powinno być?
- Inaczej – westchnął. – Bardziej normalnie.
- Normalnie – bardziej przytaknąłem niż zapytałem.
- Tak. Chodzi mi o to, że… będzie kiedyś taki
dzień gdy weźmiesz mnie ze sobą na imprezę?
Zesztywniałem i zmarszczyłem brwi. To przestawało
być zabawne.
- Nie wiem – powiedziałem szczerze. – To zależy od
wielu spraw.
- Moglibyśmy nawet… - zawahał się. – Moglibyśmy
nawet udawać, że jesteśmy tylko przyjaciółmi. Jakiś piknik albo impreza.
Przewróciłem oczami. Gdyby to naprawdę było takie
proste.
- Zapominasz kim jestem – zabrzmiałem dużo zimniej
niż powinienem. – I zapominasz kim ty jesteś.
- Rozumiem – wrzucił obrane i pokrojone w kostkę
pomidory do garnka. – Naprawdę rozumiem – odwrócił się do mnie. – Zapomnij, że
to zaproponowałem.
- Ej! – krzyknąłem łapiąc go za ramiona. – Całe
liceum pracowałem na to, żeby ludzie patrzyli na mnie z podziwem – warknąłem. –
Nie dam sobie tego teraz tak łatwo odebrać bo ty masz ochotę na publiczne
mizianie.
- Nie powiedziałem nawet słowa o mizianiu.
- Ale to do tego zmierzało, co? Pokażmy się razem.
Siedźmy razem przy ognisku. Pójdźmy na imprezę. A wtedy przypadkiem spróbujesz
wziąć mnie za rękę albo zrobić coś równie głupiego.
- Nie, ja… - zaczerwienił się. – Nigdy bym tego
nie zrobił. Po prostu…
- Jasne – przerwałem mu zimno. Odsunąłem się od
niego i zanim zdołał mnie zatrzymać wyszedłem z jego mieszkania.
Niewiele mogę na razie napisać o opowiadaniu, ale zapowiada się bardzo fajnie, więc pewnie zostanę tu na dłużej. :)
OdpowiedzUsuńSzkoda, że nie masz możliwości obserwowania bloga. To by ułatwiło ogarnianie nowych rozdziałów. A no i tło pod tekstem przeszkadza trochę w czytaniu, jeśli ktoś to robi na komputerze.
Co jaki czas można się spodziewać nowych rozdziałów?
Pozdrawiam i weny życzę. :)