środa, 27 stycznia 2016

2. Impreza u Jima

Mandy wisiała na moim ramieniu i uśmiechała się ilekroć otworzyłem usta. Pewnie gdybym nie był tak zły na Lee doceniłbym jej ładny, obcisły top i kusą, beżową spódniczkę ale tego wieczoru nie potrafiłem tego zrobić. Byłem rozgniewany i pełen żalu. Staliśmy w grupie, każdy z piwem albo drinkiem w ręku, brat Jima zapuszczał muzykę a spora grupa licealistek z drugiej klasy kąpała się w basenie chichocząc. Jakim cudem Jim sprosił tu połowę szkoły nie wiedziałem, ale nie czułem się specjalnie dobrze w tym towarzystwie.
- Może zatańczymy? – zaproponowała moja partnerka.
Mandy była naprawdę ładna. Może nie była przyszłą królową balu, ale… na pewno byłaby w ścisłej czołówce takiej imprezy. Miała jasnorude włosy i ciemne, błyszczące oczy.
- Jeśli tylko masz ochotę – przytaknąłem.
Nienawidziłem tańczyć. Wicie się na parkiecie do muzyki puszczanej z komputera przez niespełnionego DJa było ostatnią rzeczą, na którą miałem ochotę. Całe szczęście, że akurat puścił jakąś smutną i rzewną piosenkę o miłości. Bez entuzjazmu przyciągnąłem do siebie Mandy i zaczęliśmy powoli tańczyć wtuleni w siebie. Niedaleko nas Jim obłapiał jakąś czarnoskórą i bardzo zachwyconą nim dziewczynę. Wśród innych tańczących par zobaczyłem przedstawiciela gazetki szkolnej, przewodniczącą samorządu uczniowskiego i…
- Cholera! – syknąłem zauważając siedzącego na kanapie Sir Terrego, który próbował udawać, że wcale się na mnie nie gapił chwilę wcześniej. Obok niego siedział podpity Bud.
- Co się stało? – zapytała Mandy podnosząc głowę.
Uśmiechała się uwodzicielsko, jakby czekała na pocałunkowy koniec tańca.
- Muszę porozmawiać z Jimem.
Wyglądała jakby za wszelką cenę próbowała nie parsknąć z irytacji, ale nie za bardzo jej się to udawało. Zamiast tego zachichotała jakbym powiedział bardzo dobry żart.
- Naprawdę jestem taka nudna?
- Co?
- Naprawdę jestem aż tak nudna, że podczas naszego wspólnego tańca zastanawiasz się jak wyrwać Jima z ramion Naomi? – powtórzyła. Wyglądała jakbym jej właśnie powiedział nie wiadomo jaki komplement.
- Zaprosił Rogersa – wyjaśniłem ze złością. – Dobrze wie, że nie cierpię tego małego palanta a jednak to zrobił.
Wiedziałem, że sam brzmię jak rozpuszczony gówniarz, ale jakoś mało mnie to w tej chwili obchodziło.
- Właściwie zaprosił wszystkich – zauważyła roztropnie. – Skoro Terence chciał to przyszedł.
- On tu przyszedł bo wiedział, że… - zająknąłem się bo nagle podszedł do mnie Bud. – Przepraszam – rzuciłem do Mandy i poszedłem za przyjacielem.
Buddy Morrison wyglądał na podenerwowanego. Przedzierałem się razem z nim przez tłum pijanych nastolatków zastanawiając się jak poczuła się porzucona na parkiecie Mandy. Powinienem jej powiedzieć, że wyglądała ślicznie i rewelacyjnie tańczyła. Faktycznie była śliczna chociaż niespecjalnie mnie pociągała.
- Jesteś najlepszy! – ktoś klepnął mnie po ramieniu. Posłałem mu zakłopotany uśmiech i nie zatrzymałem się nawet na moment bo Bud zamiast zwolnić przyśpieszył.
- Litości, nie możesz mi powiedzieć o co chodzi? – warknąłem gdy wreszcie stanęliśmy w pewnym oddzieleniu od reszty.
- Właśnie dostałem wiadomość od Amy – wysapał.
Krótką chwilę zastanawiałem  się o jakiej Amy mówił. W końcu dotarło do mnie, że musiał mówić o Amy Paxton, jednej z redaktorek szkolnej gazetki. Cóż, wspaniale, że ze sobą smsowali, ale co ja miałem do tego? Rzuciłem mu zdezorientowane spojrzenie.
- To wspaniale, że wam się układa…? – zaryzykowałem.
- Jest informacja o stypendium dla najlepszego sportowca – wysapał. – Nie będziesz zadowolony…
- Co?! – wrzasnąłem aż kilka osób odwróciło się w naszą stronę. – Przecież miałem je zapewnione!
- Amy napisała, że dostał je Berenstein.
- Ale to niemożliwe – zająknąłem się. – Nie po to pomagałem tłumokom w nauce… nie po to jeździłem na te cholerne zawody i… - ze złości zabrakło mi właściwych słów.
Ja potrzebowałem tych pieniędzy dużo mocniej niż Berenstein, któremu rodzice wynajmowali trzy razy w tygodniu cały basen, żeby mógł trenować. I potrzebowałem ich nie tylko dla siebie ale też po to… To było durne pół sekundy, a ta gnida przyjechała ze swojego zawszonego Teksasu kilka tygodni temu…
Bud poklepał mnie pocieszająco po ramieniu. W odróżnieniu od Jima świetnie orientował się w mojej sytuacji finansowej.
- Zawsze możesz się odwołać – podsunął cicho.
- Do Rady Nadzorczej Rogersów? – zakpiłem.
Wypowiadając ostatnie słowo przed oczami stanął mi Terence Rogers i poczułem jak bardzo go nienawidzę. W tamtej chwili nawet fakt, że nie zajmował się sportem mnie irytował. Chciałem dorwać tego dupka i dosłownie mu przyłożyć. Jak śmiał przyjść na imprezę organizowaną na moją cześć, kiedy doskonale wiedział… kiedy wiedział że zostałem perfidnie olany przez jego cholerną rodzinkę?!
- Znajdę pracę – powiedziałem poważnie.
- Masz trzy razy w tygodniu treningi – przypomniał mi. – A w pozostałe dwa wyrównawcze dla tłuków. Jeśli nie rozważasz ścieżki kariery zawodowej jako sprzedawca lemoniady to chyba nic wielkiego nie znajdziesz.
Byłem wdzięczny, że nie przypomniał mi, że weekend był jedynym czasem, kiedy mogłem pilnować matki.
- Trudno, najwyżej zrezygnuję ze sportu.
- Ayden, jesteś najlepszym pływakiem jakiego znam – zapewnił mnie lojalnie, ale wypadło to jakoś tak niezbyt naturalnie i serio.
Gdybym faktycznie był najlepszy dostałbym te pieniądze.
- Jest jeszcze stypendium za wyniki w nauce – podsunął.
- No, mam nadzieję, że przynajmniej tego nie odbierze mi ten przychlast.
<><><> 
Siedziałem podenerwowany na schodach prowadzących na piętro domu sącząc w samotności drinka. Nie miałem ochoty siedzieć z innymi. Co jakiś czas ktoś próbował do mnie podejść i zagadać, ale byłem tak zirytowany i wściekły, że niemal od razu spławiałem fatygantów. Najbardziej oberwało się czarnowłosej Trishy, która (zapewne przez fakt, że Bud zajął się Mandy) próbowała skupić na sobie całą moją uwagę. Kiedy przysiadła się do mnie w swojej kusej sukience, która odsłaniała ogromny biust i zapytała czy wygląda dobrze, odparłem, że dzisiaj dla mnie nikt nie wygląda dobrze i poprosiłem ją by dała mi święty spokój.
Obserwowałem Terence’a Rogersa, który próbował rozmawiać z jakimiś drugoklasistkami, ale niespecjalnie mu się to udawało bo dziewczyny wyglądały na mocno podchmielone i bardzo niezainteresowane jego próbami kontaktu. Uśmiechnąłem się podle pod nosem.
Sir Terry był niewysokim, dość drobnym siedemnastolatkiem o jasnych włosach, które opadały mu na czoło. Zawsze kiedy mu się przyglądałem przypominałem sobie jakim był kiedyś płaczliwym dzieciakiem. Kiedy mieliśmy po osiem lat i bawiliśmy się w piaskownicy wystarczało, że jakiekolwiek dziecko zabrało Terence’owi łopatkę, wiaderko albo cokolwiek innego a jego blada twarz momentalnie czerwieniała, ogromne brązowe oczy szkliły się łzami i zaczynał płakać. Bardzo nas to wtedy bawiło i często się zdarzało, że co złośliwsze dzieciaki celowo robiły mu coś na złość byleby tylko sprowokować w nim niekontrolowany wybuch łez i złości. Obecnie, co jakoś w taki naprawdę dziwny sposób kontrastowało z jego dziecięcym zachowaniem, wyrósł na raczej spokojnego nastolatka. Jakoś tak niedługo po rozpoczęciu liceum zaczął się też za mną włóczyć i obserwować mnie. Na początku nawet mnie bawiło, że najbogatszy dzieciak okazuje mi tak wielkie zainteresowanie ale z czasem zaczęło mnie to niemożliwie irytować.
A teraz byłem na niego coraz bardziej wściekły. Praktycznie nie spuszczałem z niego oczu, przez co on sam nie mógł mnie obserwować ale i tak co jakiś czas zerkał niepewnie w moją stronę. Mały, głupi buc. Chciałem mu dopiec. Udowodnić, że tak naprawdę nie potrzebuję pieniędzy należących do cholernych Rogersów, ale w środku aż paliło mnie z gniewu bo byłem przekonany, że tak naprawdę te pieniądze są dla mnie niezbędne.
Na dole Jim zaprowadził słaniającą się na nogach Naomi do kanapy i pomachał mi ręką. W odróżnieniu od swojej partnerki nie wyglądał nawet na odrobinę pijanego. Zamiast tego pożartował przez chwilę z kilkoma rozchichotanymi dziewczynami, wziął z lodówki piwo i ruszył w moim kierunku.
- Co tam, brachu? – zapytał siadając obok mnie. – Wyglądasz na wściekłego.
- Berenstein dostał stypendium sportowe – wyjaśniłem po prostu.
Jim zmarszczył brwi i spróbował pocieszająco objąć mnie ramieniem ale w naszym przypadku wyglądało to pokracznie i wcale nie było pokrzepiające.
- Może to nie prawda?
- Paxton napisała do Buda.
- I co? Przyjęli to od tak uchwałą w trybie pilnym? – zakpił.
- Nie wiem, może tak zrobili?
- Masz ochotę udusić Sir Terrego? – podsunął.
Obaj przyglądaliśmy się temu małemu patałachowi.
- Po co go zaprosiłeś?
- Nie zapraszałem go – Jim wzruszył ramionami. – Ogłosiłem imprezę dla wszystkich, którzy cieszą się z twojego podium.
- Mam ochotę go upokorzyć.
- To zrób to – mój przyjaciel uśmiechnął się czarująco.
Przez krótką chwilę zastanawiałem się jakby zareagował na wiadomość, że jestem biseksualny i gdyby nie nasza przyjaźń jego różne, drobne gesty mógłbym zacząć nadinterpretować. Kto, np., posiada takiego przyjaciela, który organizuje dla niego wielką imprezę po zawodach?
- Wyrwałeś ją? – zapytałem zamiast tego, wskazując brodą na zasypiającą Naomi.
- A jak myślisz? – odparł pytaniem na pytanie, ale jego oczy rozbłysły w taki sposób, że dobrze znałem odpowiedź.
Nie tylko ją wyrwał. Zdążył ją też zaliczyć. Ba, zdołał ją jeszcze przekonać, że związek jest najgłupszą rzeczą jaką mogliby zrobić i najlepiej by było, gdyby zaczęli się spotykać dla seksu. Oczywiście tylko od czasu do czasu. Bez scen zazdrości i tego typu bzdur.
- Zrobiłeś coś z Mandy?
Parsknąłem i po raz pierwszy tego wieczoru poczułem, jak wrócił mi humor.
- Po tym co mi powiedział Bud? – odparłem retorycznie.
- Nie pomyślałem – syknął, ale nadal wyglądał na rozbawionego.
- Dzisiaj mam ochotę coś zrobić tylko jednej osobie na tej imprezie – rzuciłem poważnie. – I uwierz mi, że nie jest to nic erotycznego.
Roześmieliśmy się a potem jak na komendę obaj wstaliśmy, rzuciliśmy sobie porozumiewawcze spojrzenia i ruszyliśmy w kierunku biednego Terence’a Rogersa.
- Nie rozmawiałem z nim od prawie czterech lat – szepnąłem jeszcze, ale już wiedziałem, że to nie stanowi dla nas żadnego problemu.
Sir Terry wiedział, że idę do niego. Nie mam pojęcia skąd, ale po prostu czułem, że wiedział. I nie zmyliło go nawet to, że po drodze zahaczyliśmy o stolik, z którego wziąłem dwie szklanki ponczu. Wyglądał nawet, jakby chciał się odwrócić i uciec, ale nie mógł. Nogi wrosły mu w podłogę. Mógł tylko stać między rozchichotaną Trishą a Zoe i patrzeć na mnie.
- Terence, prawda? – zapytałem uśmiechając się szeroko i podając mu alkohol.
Zaskoczony wziął go ode mnie i skinął głową.
- Jak się bawicie? – Jim objął obie dziewczyny, które stały przy nim i spoglądał to na jedną to na drugą z zafascynowaniem. – Jakim cudem wcześniej do was nie podeszliśmy?
Odpowiedziały mu coś ale nie zwracałem na to uwagi. Patrzyłem na Sir Terrego a on, czerwony z zażenowania, oglądał swój poncz i bał się podnieść na mnie wzrok.
- Jest taki zwyczaj – zacząłem konfidencjonalnym tonem – że trzeba zawsze wypić za zdrowie osoby, dla której organizuje się imprezę. Wszyscy się z tym zgadzają? – Po ostatnim pytaniu spojrzałem na Trishę i Zoe, które entuzjastycznie pokiwały głowami. – Jim, czemu nie przyniosłeś im ponczu?
Mój przyjaciel puścił mi oko i zaprosił Trishę, żeby pomogła mu przynieść trzy szklaneczki alkoholu.
- Ja już piłem twoje zdrowie – mruknął Terence i znowu zwróciłem na niego uwagę. – Moim zdaniem byłeś najlepszy.
- No ba! – pisnęła Zoe, która wykorzystała moment nieuwagi Jima i przykleiła się do mojego ramienia. – Wszyscy wiedzą, że Ayden Cooper jest najlepszy!
- Pochlebiacie mi – udałem, że wzdycham skromnie. – To nie szkodzi, że piłeś już moje zdrowie. Możesz przecież wypić jeszcze raz. Ze mną. Nie zrobisz tego? Zoe na pewno nie ma nic przeciw.
Entuzjastyczny chichot Zoe najdobitniej świadczył o tym, że jest wprost zachwycona nagłą atencją, którą ode mnie otrzymała. Nie spuszczałem wzroku z Sir Terrego.
- Pewnie – uśmiechnął się.
Miał całkiem inny sposób okazywała radości niż większość ludzi, których znałem. Przede wszystkim od razu zauważyłem, że był nie do końca szczery. Poza tym, że wykrzywił wargi, jego oczy pozostały rozmarzone i zastanawiające się nad czymś.
- Po prostu chciałem… chciałem powiedzieć, że nawet gdybyś nie podszedł ja wypiłem twoje zdrowie.
To co powiedział było tak głupie, że wybuchnąłem śmiechem razem z Zoe. To zabrzmiało prawie tak, jakby się przyznawał, że od trzech lat chodzi na imprezy, na których się pojawiam tylko po to, żeby wypić moje zdrowie. Co za głupi palant. Całe szczęście, że wrócili Jim i Trisha niosąc alkohol.
- Twoje zdrowie stary, obyś zawsze wygrywał! – rzucił mój przyjaciel patrząc mi z błyskiem w oczy. – Panowie do dna, panie jak dadzą radę! – dodał jeszcze unosząc puszkę z piwem.
Sir Terry nie wyglądał na przekonanego. Trudno mu się było dziwić. W odróżnieniu od pozostałych miał pełną szklankę ponczu. Przez chwilę patrzył wprost na mnie i zdawało mi się, że zamierza zaprotestować, ale zmienił zdanie. Uniósł alkohol i wypił go jednym haustem.
Z satysfakcją obserwowałem jak się skrzywił a jego duże, brązowe oczy zaszły łzami ale przełknął wszystko do dna.
- Twoje zdrowie – rzucił odstawiając pustą szklankę na stolik. – Ja… chyba się będę zbierał.
- Nie idź jeszcze – odruchowo złapałem go za ramię. – Nie rozmawialiśmy od lat.
- Nie myślałem, że… możesz być zainteresowany tym co u mnie – wybąkał. Alkohol powoli rozlewał się po jego organizmie i zaczęły mu już płonąć policzki.
Rzuciłem szybkie spojrzenie na Jima, który mrugnął do mnie porozumiewawczo.
- Co ty na to, żebyśmy tak zwyczajnie pogadali? – zaproponowałem.
Brzmiało to nienaturalnie i sztucznie. I to było widać. Zoe i Trisha chichotały, jakby już wiedziały o co chodzi, obejmujący je Derrick też był rozbawiony a sam Terence wyglądał na wściekłego i pełnego nadziei jednocześnie. Patrzyłem na niego uśmiechając się fałszywie, w moich oczach tliły się fałszywe błyski przyjaźni a Rogers doskonale wiedział, że nie mogę mu zaoferować niczego dobrego.
- Jasne, jeśli tylko chcesz – odparł powoli.
Upicie go nie było trudne. Ilekroć ja podnosiłem do ust alkohol on też to robił, ilekroć próbował wstać, zatrzymywałem go. Na początku rozmowa się nie kleiła. Pozostawał nieufny i pełen dystansu. Z czasem (i zapewne przez ilość alkoholu) zaczął się otwierać.
- To miłe, że zechciałeś ze mną porozmawiać – powiedział w końcu a jego głos brzmiał już odrobinę bełkotliwie. – Ty zawsze rozmawiasz ze wszystkimi, nawet z tymi, których nikt nie lubi – dodał. – Jesteś miły.
Biorąc pod uwagę co zamierzałem mu zrobić, określenie miły było ostatnim, którego użyłbym w odniesieniu do siebie. Przyglądałem się uważnie jego zaczerwienionej twarzy, błyszczącym oczom i krwistoczerwonym od ponczu ustom. Wydawał się tak strasznie naiwny i prosty, że prawie przestałem się na niego złościć.
- Czemu mnie ciągle obserwujesz? – zapytałem, zamiast podziękować mu za komplement.
- Bo cię podziwiam – wyznał z rozbrajającą szczerością. – Jesteś miły, odważny, inteligentny, wszyscy cię lubią, jesteś rewelacyjnym sportowcem i… i jesteś taki przystojny, nic dziwnego, że dziewczyny się za tobą oglądają.
Uniosłem ironicznie brew do góry. No bez jaj, naprawdę? Miałem ochotę się roześmiać słysząc te wszystkie peany na swoją cześć. Mały, głupi Sir Terry się we mnie zabujał? To się robiło okrutnie zabawne.
- Nie rób ze mnie baby – rzuciłem siląc się na żart.
Dla sprawdzenia swoich przypuszczeń poczochrałem jego jasne włosy. Widziałem jak mimowolnie rozchyla usta i wstrzymuje oddech. To nie był dowcip. Siedzący obok mnie dupek naprawdę się we mnie zabujał. Nagle wszystko co robił ułożyło mi się w jedną, spójną całość. Nie, żebym wcześniej nie przypuszczał, że Rogers może być taki, ale…
Litości, przecież on się nawet z tym nie potrafił ukryć.
- Nie powinienem tego mówić – wybąkał.
- No nie powinieneś – przyznałem unosząc szklankę z ponczem do góry. – Twoje zdrowie.
Dwadzieścia minut później był już kompletnie pijany. Podtrzymując jego głowę pozwalałem mu zwymiotować. Na wpół zgiętego zaprowadziłem do łazienki. Pozostało już niewielu imprezowiczów, ale i tak ci, którzy byli wystarczyli by zapytać mnie czy nie potrzebuję pomocy z pijanym głupkiem.
- Jaki wstyd… – jęknął w przerwie między torsjami.
- Każdemu się może zdarzyć – burknąłem.
Klęczeliśmy wspólnie nad toaletą. Prawie lubiłem go w tej chwili. Takiego upodlonego, który musiał mi się w całości podporządkować. Teraz nie liczyło się, że przez jedną decyzję jego głupiej rodziny nie dostałem stypendium, które mi się należało. Mogłem go teraz upokorzyć i do reszty zniszczyć jego reputację.
Jim wsunął głowę do łazienki i pokazał mi ręką, że ma ze sobą aparat. Zanim zdołałem zareagować zrobił Terence’owi zdjęcie i wyszczerzył się do mnie radośnie.
- Poczekaj – powiedziałem do niego.
Sir Terry uniósł nieprzytomnie głowę.
- Już mi trochę lepiej – wymamrotał. – Już się będę zbierał…
- Oj, chłopie, ale się upodliłeś – rzucił rozbawiony Derrick.
- Nigdzie się nie będziesz zbierał – zaprzeczyłem. – W tym stanie daleko nie zajdziesz nawet jak wpakujemy cię do taksówki.
- Jesteś… taki… opiekuńczy… - wybełkotał.
Odruchowo przyciągnąłem go do siebie i pozwoliłem, żeby zamknął oczy opierając się o moją klatkę piersiową. Jim zachichotał.
- Co za kretyn – wyszeptał. – Publikujemy?
Pokręciłem przecząco głową. Miałem zdecydowanie lepszy pomysł.

- Tak sobie pomyślałem, że mogę zrobić coś więcej niż tylko upić go na imprezie – wycedziłem. 

wtorek, 12 stycznia 2016

1. Zawody pływackie

Litości, znowu to robił. Widziałem porozumiewawcze gesty Buda i Jima. Terence Rogers (albo jak nazywaliśmy tego małego dupka: Sir Terry) znowu się na mnie gapił. To już robiło się trochę żałosne. Mały, głupi, bogaty dzieciak z mocno rozwiniętą manią prześladowczą…
- A twój wielbiciel znowu wzdycha! – zachichotał Jim, przyjaźnie klepiąc mnie po ramieniu.
Roześmiałem się, chociaż wcale nie było mi do śmiechu. Nienawidziłem, kiedy ten głupi dupek po raz kolejny wystawiał siebie (i mnie przy okazji) na pośmiewisko. Pojmowałem, że nie był zbyt lubiany w szkole, ale z jakiegoś powodu nawet jego pieniądze nie sprawiły by ludzie spojrzeli na niego choć odrobinę przyjaźniej.
- Zaraz się zesram z radości, że przyszedł – burknąłem czym wywołałem jeszcze większy entuzjazm ze strony moich licealnych przyjaciół.
- Mandy będzie na trybunach – poinformował mnie Bud.
Uśmiechnąłem się udając, że jestem tym faktem zachwycony. Kolejna idiotka, która wyobrażała sobie nie wiadomo co.
Bez zbytniego entuzjazmu wziąłem swoją torbę i ruszyłem w kierunku szatni. 400 metrów stylem motylkowym samo się nie wygra.
- Czekaj, to idę z tobą! – zawołał Jim.
Też chwycił swoją torbę i ruszył szybkim krokiem za mną. Nie miał co marzyć o zwycięstwie w zawodach, ale też chyba nigdy nie aspirował do tego. Pływał raczej dla tego całego pisku dziewczyn, pokazywania bicepsów i zdjęcia w ramce.
- Przestań się denerwować – powiedział. – I tak ich wszystkich pokonasz.
- Nie denerwuję się.
- Pewnie.
- Po prostu mam dość Rogersa – wyrzuciłem to z siebie, zanim zdążyłem się powstrzymać. – Może was to bawi, ale drażni mnie, że ten palant cały czas się za mną włóczy.
- Ja też się za tobą włóczę. I Bud – podsunął spokojnie.
Przewróciłem oczami.
- Wiesz, że nie o to chodzi. Wy jesteście moimi kumplami. Sir Terry to idiota.
- Jest bogaty.
- Super – mruknąłem z przekąsem. – I tylko dlatego jeszcze go toleruję.
Prawdę mówiąc to był powód dla którego jeszcze bardziej go nie cierpiałem. Był tym małym, niewyróżniającym się typem dupka, który wygrał na loterii życia rodząc się w rodzinie równie bogatych dupków jak on sam. W dodatku te dupki były sponsorami stypendiów dla najzdolniejszych młodych sportowców w liceum. I choćby z tego powodu nie powinienem okazywać mu jak bardzo go nie cierpię.
Dotarliśmy do szatni. Połowa pływaków już zdążyła się przebrać. Nie cierpiałem, kiedy wszyscy ustawiali się w kolejce do przebieralni, żeby naciągnąć na siebie kąpielówki. Chociaż najgorsi i tak byli ekshibicjoniści, którzy przebierali się w ogólnej części wspólnej dla wszystkich.
Bez słowa podszedłem do swojej szafki. Wyciągnąłem z torby strój i okulary do pływania. Jim od razu ruszył do przebieralni. Czekając na niego podskakiwałem nerwowo i rozciągałem się. Rozgrzewka w dżinsach nie była dobrym pomysłem, ale przynajmniej na chwilę mogłem zająć swoje myśli. Swoją drogą Terence Rogers nie powinien mnie aż tak denerwować. Jasne, jego zachowanie było męczące i irytujące, ale… właściwie to nie robił nic złego.
Rozpiąłem guziki swojej koszuli. W sumie zawody rejonowe nie były aż tak ważne, żebym się nimi nadmiernie denerwował. Byłem całkiem nieźle przygotowany. Trener Jones męczyła mnie wystarczająco bym osiągnął dobrą formę. Jasne, może jeszcze nie byłem najlepszym pływakiem w kraju, ale potrafiłem zabłysnąć na zawodach i wyróżnić się dobrym czasem.
- Wyglądasz jak młody bóg – mruknął Jim wychodząc z przebieralni. – Jeszcze więcej nonszalancji i wszystkie panienki będą twoje.
Wykrzywiłem usta w czymś co miało udawać uśmiech. Chwyciłem swój strój i sam wszedłem do przebieralni. Może właśnie w tym był problem, że niespecjalnie interesowałem się dziewczynami. To nie tak, że nie interesowałem się wcale, po prostu… nie zajmowały tak ważnego miejsca w moich życiu jak powinny.
Wchodząc na basen od razu zobaczyłem trenerkę Jones oraz… Buda. Chyba zwróciłem na niego uwagę nawet wcześniej niż na Mandy i przeklętego Sir Terrego. Gruby, poczciwy Bud, miał w ręku ogromny banner ze słowami: „Cooper wygra!”. Obok niego, dzielnie klaskała Mandy.
- O rany, ale jesteś lubiany – westchnął Jim z ledwo wyczuwalną zazdrością w głosie. – O, nie jest tak źle, zobacz Cristina mi macha.
Ale ja zdążyłem już zauważyć Rogersa, który pokazał mi, że ma ściśnięte ręce. On naprawdę myślał, że zależy mi na jego dopingu?
- Ayden, uważaj na chłopaka po swojej lewej – z rozmyślań wyrwała mnie trener.
Posłałem jej jeden ze swoich (jak miałem nadzieję) najpiękniejszych uśmiechów, taki którym chciałem przekazać: „że niby ja nie dam rady jakiemuś bubkowi?” i nałożyłem na głowę czepek.
- Ayden poradzi sobie z każdym – lojalnie wsparł mnie Jim.
- A ty Derrick pamiętaj o oddychaniu – przypomniała mu groźnie. – Liczę na was.
- Nie zawiedziemy pani – rzuciłem pewnie siebie.
- To Thomas Berenstein. Wiesz, że on wygrał trzykrotnie zawody stanowe Teksasie?
- Więc co robi tutaj? – zapytałem obserwując atletycznego blondyna, który właśnie robił bardzo widowiskową rozgrzewkę.
Kolejny, młodociany burak.
- Jego rodzice przenieśli się do Virginii – wyjaśniła. – W każdym razie, nawet jeśli przegrasz to nic się nie stanie. Traktują go jak objawienie sportowe. Podobno specjalnie dla niego zamykają trzy razy w tygodniu wcześniej kąpielisko, żeby mógł trenować.
Błąd. Kolejny, młodociany, bogaty burak.
W milczeniu robiliśmy rozgrzewkę. Rozciągałem mięśnie i starałem się oczyścić umysł. Kiedy po raz pierwszy wskoczyłem do wody od razu poczułem, że pływanie jest tym, co chciałbym robić przez całe swoje życie. Uwielbiałem otaczającą mnie ciszę kiedy zanurzałem się w wodzie i ten huk, kiedy ramiona młóciły powietrzę i uderzały o taflę.
<><><> 
Ściągnąłem gogle z oczu i nabrałem gwałtownie powietrza. W głowie mi dudniło, ale przede wszystkim musiałem zobaczyć tabelę wyników. Po mojej lewej stronie Thomas Berenstein robił to samo.
- Dobry jesteś – powiedział lekko, uśmiechając się wymuszenie. – Jak na świeżaczka, oczywiście.
- Dobry jesteś jak na bogatego cwaniaczka, oczywiście – odparowałem.
Był ode mnie lepszy o całe pół sekundy. Wyszliśmy z basenu. Thomas wyglądał jakby miał coś jeszcze powiedzieć, ale zamknął się. Obu z nas otoczyli nasi trenerzy z ręcznikami w ręku. Jones miała jeszcze jeden dla Jima, który zajął zaszczytne piąte miejsce. Mimo to widownia kibicowała nam mocniej niż Berensteinowi.
- O chłopie, ale wyrwałeś – mruczał mój przyjaciel. – Widziałeś, że Bud już coś żre?
- Zdziwiłbym się, gdyby wytrzymał bez posiłku tyle czasu.
Roześmieliśmy się. Chwilę jeszcze dyskutowaliśmy o Berensteinie po czym nadeszła pora na medale. Właściwie to chyba właśnie to lubiłem w Jimie. Jemu naprawdę nie zależało na zwycięstwie i naprawdę bardzo się cieszył, kiedy udawało mi się stanąć na podium.
- Robimy imprezę. Będą dziewczyny i alkohol… - zaproponował mi godzinę później, kiedy przebrani wychodziliśmy z budynku.
- Super.
- Dwudziesta?
- Znowu twoi rodzice wyjechali?
Pokiwał głową uśmiechając się.
- Będę – obiecałem.
W moim kierunku zbliżał się młodszy od nas o dwa lata Miller. Ani Jim, ani Bud nie mogli zrozumieć co lubię w tym długowłosym chłopcu w rurkach i kraciastych koszulach. Pożegnałem się z kumplem i czekałem aż Lee Miller do mnie podejdzie.
- Trzymałem za ciebie kciuki – powiedział na powitanie.
- No myślę.
- I byłeś zdecydowanie lepszy od Berensteina.
- No myślę.
Nie spuszczałem z niego wzroku czekając aż się zarumieni.
- Proszę, nie każ mi tego mówić – nerwowo bawił się swoimi rękoma.
- Wracamy razem, czy na kogoś czekasz? – zapytałem.
- Razem.
Lee Miller był chyba wszystkim tym czego normalny człowiek nie powinien lubić w innym człowieku. Drobny, chudy o wysokim, piskliwym głosie nawet wśród swoich (równie pokręconych jak on) znajomych nie mógł uchodzić za heteroseksualistę. Poznałem go pół roku wcześniej, kiedy w ramach korków dla mniej uzdolnionych uczniów musiałem pomagać mu w geometrii. W moim życiu prawie wszystko kręciło się wokół pieniędzy a działalność szkolna była szczególnie wysoko punktowana przy różnych stypendiach. Lee nie rozumiał matematyki i pozostawał raczej wyalienowany. Zawsze byłem trochę egoistą i egocentrykiem. Chyba dlatego tak łatwo przyszło mi zaakceptowanie jego nadmiernego zainteresowania i podziwu.
A potem to już samo poszło. Pewnie jestem draniem, ale chociaż w zamian za jego uczucie nie potrafiłem mu ofiarować niczego głębszego to na swój sposób pomogłem mu. Przestał mieć problemy z matematyką, dzięki temu, że parę razy okazałem mu jawnie sympatię jakoś przestał być wyrzutkiem społecznym i… od trzech miesięcy się nie ciął.
- Nie widziałem cię na zawodach – zauważyłem, kiedy wchodziliśmy razem po schodach do jego mieszkania.
- Przyszedłem jak rozmawiałeś z trener Jones – powiedział zarumieniony. – Wiesz, że napisałem piosenkę o tobie?
Zmarszczyłem czoło rozbawiony. Już sobie wyobrażałem jak straszna musiała być. Jak na króla mroku Lee pozostawał okropnie infantylny w swoich tekstach.
- Wyznałeś w niej jak bardzo cię pociągam? – rzuciłem, kiedy otwierał drzwi od swojego mieszkania.
Przepuścił mnie przodem. Odczekałem aż wejdzie za mną i zamknie drzwi. Chwilę później przycisnąłem go do ściany i pocałowałem. Westchnął niczym spragniony i entuzjastycznie zaczął oddawać mi pocałunki.
- No to co tam jest w tej piosence? – zapytałem, odrywając się od niego.
- Nazwałem cię w niej Kyla – wymamrotał. – Zresztą, zaśpiewam ją na koncercie w przyszłym miesiącu.
- Na koncercie? – podchwyciłem, niby przypadkiem wodziłem palcem po jego twarzy.
Lubiłem to jak drżał pod moim dotykiem i nawet nie udawał, że mu na mnie nie zależy. Był dość otwarty w swoich pragnieniach.
- Tak, gramy w Dark Roomie – wyjaśnił.
Och, Dark Room. Jak bardzo nienawidziłem tej głupiej speluny, którą z takim namaszczeniem traktował jako najlepsze miejsce do rozwijania swojej kariery muzycznej. Lee przywarł do mnie całym ciałem czekając aż mu pogratuluję.
Zmiąłem w ustach wszystkie słowa prawdy, które chciałem powiedzieć i rzuciłem zdawkowe:
- Bardzo się cieszę.
- Przyjdziesz?
Widziałem w jego dużych, ciemnych oczach, że znaczyło to dla niego zdecydowanie zbyt dużo. Nie cierpiałem metalu i nie darowałbym sobie gdyby ktokolwiek domyślił się, że Lee Miller nie jest tylko moim kolegą, któremu pomagam w nauce.
- Zazdroszczę ci, że mieszkasz sam – zmieniłem nieudolnie temat.
- Eee, tak. Wiesz, możesz tu zawsze wpadać – miał przybity głos i widać było, że jest mu przykro.
Litości!
- Postaram się przyjść – rzuciłem ugodowo.
- Naprawdę się postarasz?
- Pewnie – roześmiałem się prowadząc go na kanapę.
Niecierpliwie skierowałem jego dłonie na widoczne w moich spodniach wybrzuszenie. Westchnął rozpinając skórzany pasek i nerwowo odpinając guziki. Pozwoliłem mu się pieścić.
- Uwielbiam cię – mruknąłem siadając. Lee klęczał między moimi nogami. Wsunąłem dłoń w jego włosy i bezmyślnie je gładziłem.
Zawsze twierdził, że przede mną sypiał tylko z jednym człowiekiem, ale jego doświadczenie było… spore. Dokładnie wiedział, co i w którym momencie należało zrobić, żebym był zadowolony.
Jego rodzice rozwiedli się kiedy miał cztery lata. Ojciec był jakimś niespełnionym biznesmenem a matka niezbyt znaną modelką. Wychowywała go babcia, po której śmierci odziedziczył niewielką kawalerkę, w której mieszkał.
Chyba trochę mu zazdrościłem tej samodzielności, którą miał. Żadnego rodzica, który by wisiał nad głową, żadnych większych obowiązków… Nawet ta jego rozbrajająca uczciwość w kwestii tego jakiej był orientacji.
Uniósł głowę słysząc mój cichy jęk. Jak on na mnie patrzył… Zupełnie tak, jakby oddawał mi całego siebie. Od samego początku aż do końca. Syknąłem do chodząc.
Oddychałem ciężko czując jak stres związany z zawodami powoli ustępuje. Lee podniósł się na równe nogi i nieśmiało usiadł obok mnie wtulając się w moje ramie. Naciągnąłem spodnie i objąłem go. Czułem jak łomocze jego serce i jak rozpaczliwie czepia się tej wspólnej chwili.
- Może ugotujemy razem obiad? – zaproponował. – Robię bardzo dobre spaghetti.
- Wiem – cmoknąłem go w czoło, zastanawiając się czy miałem czas na takie bzdury. Chętnie zjadłbym z nim, chyba nawet chętniej niż z kimkolwiek innym ale przed imprezą u Jima musiałem jeszcze wpaść do domu i sprawdzić czy z matką wszystko dobrze.
- Proszę. Tak mało spędzamy ze sobą czasu.
- Dobra, ale mamy maksymalnie 1,5 godziny. Potem muszę wrócić do domu i przebrać się na imprezę do Jima.
Lee uśmiechnął się niewyraźnie, ale nic nie powiedział. Wstał i podszedł do kuchenki. Przez krótką chwilę podziwiałem jego opanowane, pewne ruchy i pozornie stoicki spokój. Mył pomidory na sos.
Wstałem i podszedłem do niego. Prawie, że niedbale i niby przypadkiem objąłem od tyłu. Na krótką chwilę zesztywniał ale po niej mocno oparł się o moją klatkę piersiową. Jego oddech powoli się uspokajał i dopiero w tym momencie zrozumiałem, że był zdenerwowany.
- Co się dzieje? – zapytałem, cmokając go tuż przy uchu.
- Zawsze tak będzie?
- Jak?
- Po szkole, z dala od wszystkich… - wyliczał.
Przewróciłem oczami. Czego on ode mnie oczekiwał?
- A jak powinno być?
- Inaczej – westchnął. – Bardziej normalnie.
- Normalnie – bardziej przytaknąłem niż zapytałem.
- Tak. Chodzi mi o to, że… będzie kiedyś taki dzień gdy weźmiesz mnie ze sobą na imprezę?
Zesztywniałem i zmarszczyłem brwi. To przestawało być zabawne.
- Nie wiem – powiedziałem szczerze. – To zależy od wielu spraw.
- Moglibyśmy nawet… - zawahał się. – Moglibyśmy nawet udawać, że jesteśmy tylko przyjaciółmi. Jakiś piknik albo impreza.
Przewróciłem oczami. Gdyby to naprawdę było takie proste.
- Zapominasz kim jestem – zabrzmiałem dużo zimniej niż powinienem. – I zapominasz kim ty jesteś.
- Rozumiem – wrzucił obrane i pokrojone w kostkę pomidory do garnka. – Naprawdę rozumiem – odwrócił się do mnie. – Zapomnij, że to zaproponowałem.
- Ej! – krzyknąłem łapiąc go za ramiona. – Całe liceum pracowałem na to, żeby ludzie patrzyli na mnie z podziwem – warknąłem. – Nie dam sobie tego teraz tak łatwo odebrać bo ty masz ochotę na publiczne mizianie.
- Nie powiedziałem nawet słowa o mizianiu.
- Ale to do tego zmierzało, co? Pokażmy się razem. Siedźmy razem przy ognisku. Pójdźmy na imprezę. A wtedy przypadkiem spróbujesz wziąć mnie za rękę albo zrobić coś równie głupiego.
- Nie, ja… - zaczerwienił się. – Nigdy bym tego nie zrobił. Po prostu…
- Jasne – przerwałem mu zimno. Odsunąłem się od niego i zanim zdołał mnie zatrzymać wyszedłem z jego mieszkania.