wtorek, 12 stycznia 2016

1. Zawody pływackie

Litości, znowu to robił. Widziałem porozumiewawcze gesty Buda i Jima. Terence Rogers (albo jak nazywaliśmy tego małego dupka: Sir Terry) znowu się na mnie gapił. To już robiło się trochę żałosne. Mały, głupi, bogaty dzieciak z mocno rozwiniętą manią prześladowczą…
- A twój wielbiciel znowu wzdycha! – zachichotał Jim, przyjaźnie klepiąc mnie po ramieniu.
Roześmiałem się, chociaż wcale nie było mi do śmiechu. Nienawidziłem, kiedy ten głupi dupek po raz kolejny wystawiał siebie (i mnie przy okazji) na pośmiewisko. Pojmowałem, że nie był zbyt lubiany w szkole, ale z jakiegoś powodu nawet jego pieniądze nie sprawiły by ludzie spojrzeli na niego choć odrobinę przyjaźniej.
- Zaraz się zesram z radości, że przyszedł – burknąłem czym wywołałem jeszcze większy entuzjazm ze strony moich licealnych przyjaciół.
- Mandy będzie na trybunach – poinformował mnie Bud.
Uśmiechnąłem się udając, że jestem tym faktem zachwycony. Kolejna idiotka, która wyobrażała sobie nie wiadomo co.
Bez zbytniego entuzjazmu wziąłem swoją torbę i ruszyłem w kierunku szatni. 400 metrów stylem motylkowym samo się nie wygra.
- Czekaj, to idę z tobą! – zawołał Jim.
Też chwycił swoją torbę i ruszył szybkim krokiem za mną. Nie miał co marzyć o zwycięstwie w zawodach, ale też chyba nigdy nie aspirował do tego. Pływał raczej dla tego całego pisku dziewczyn, pokazywania bicepsów i zdjęcia w ramce.
- Przestań się denerwować – powiedział. – I tak ich wszystkich pokonasz.
- Nie denerwuję się.
- Pewnie.
- Po prostu mam dość Rogersa – wyrzuciłem to z siebie, zanim zdążyłem się powstrzymać. – Może was to bawi, ale drażni mnie, że ten palant cały czas się za mną włóczy.
- Ja też się za tobą włóczę. I Bud – podsunął spokojnie.
Przewróciłem oczami.
- Wiesz, że nie o to chodzi. Wy jesteście moimi kumplami. Sir Terry to idiota.
- Jest bogaty.
- Super – mruknąłem z przekąsem. – I tylko dlatego jeszcze go toleruję.
Prawdę mówiąc to był powód dla którego jeszcze bardziej go nie cierpiałem. Był tym małym, niewyróżniającym się typem dupka, który wygrał na loterii życia rodząc się w rodzinie równie bogatych dupków jak on sam. W dodatku te dupki były sponsorami stypendiów dla najzdolniejszych młodych sportowców w liceum. I choćby z tego powodu nie powinienem okazywać mu jak bardzo go nie cierpię.
Dotarliśmy do szatni. Połowa pływaków już zdążyła się przebrać. Nie cierpiałem, kiedy wszyscy ustawiali się w kolejce do przebieralni, żeby naciągnąć na siebie kąpielówki. Chociaż najgorsi i tak byli ekshibicjoniści, którzy przebierali się w ogólnej części wspólnej dla wszystkich.
Bez słowa podszedłem do swojej szafki. Wyciągnąłem z torby strój i okulary do pływania. Jim od razu ruszył do przebieralni. Czekając na niego podskakiwałem nerwowo i rozciągałem się. Rozgrzewka w dżinsach nie była dobrym pomysłem, ale przynajmniej na chwilę mogłem zająć swoje myśli. Swoją drogą Terence Rogers nie powinien mnie aż tak denerwować. Jasne, jego zachowanie było męczące i irytujące, ale… właściwie to nie robił nic złego.
Rozpiąłem guziki swojej koszuli. W sumie zawody rejonowe nie były aż tak ważne, żebym się nimi nadmiernie denerwował. Byłem całkiem nieźle przygotowany. Trener Jones męczyła mnie wystarczająco bym osiągnął dobrą formę. Jasne, może jeszcze nie byłem najlepszym pływakiem w kraju, ale potrafiłem zabłysnąć na zawodach i wyróżnić się dobrym czasem.
- Wyglądasz jak młody bóg – mruknął Jim wychodząc z przebieralni. – Jeszcze więcej nonszalancji i wszystkie panienki będą twoje.
Wykrzywiłem usta w czymś co miało udawać uśmiech. Chwyciłem swój strój i sam wszedłem do przebieralni. Może właśnie w tym był problem, że niespecjalnie interesowałem się dziewczynami. To nie tak, że nie interesowałem się wcale, po prostu… nie zajmowały tak ważnego miejsca w moich życiu jak powinny.
Wchodząc na basen od razu zobaczyłem trenerkę Jones oraz… Buda. Chyba zwróciłem na niego uwagę nawet wcześniej niż na Mandy i przeklętego Sir Terrego. Gruby, poczciwy Bud, miał w ręku ogromny banner ze słowami: „Cooper wygra!”. Obok niego, dzielnie klaskała Mandy.
- O rany, ale jesteś lubiany – westchnął Jim z ledwo wyczuwalną zazdrością w głosie. – O, nie jest tak źle, zobacz Cristina mi macha.
Ale ja zdążyłem już zauważyć Rogersa, który pokazał mi, że ma ściśnięte ręce. On naprawdę myślał, że zależy mi na jego dopingu?
- Ayden, uważaj na chłopaka po swojej lewej – z rozmyślań wyrwała mnie trener.
Posłałem jej jeden ze swoich (jak miałem nadzieję) najpiękniejszych uśmiechów, taki którym chciałem przekazać: „że niby ja nie dam rady jakiemuś bubkowi?” i nałożyłem na głowę czepek.
- Ayden poradzi sobie z każdym – lojalnie wsparł mnie Jim.
- A ty Derrick pamiętaj o oddychaniu – przypomniała mu groźnie. – Liczę na was.
- Nie zawiedziemy pani – rzuciłem pewnie siebie.
- To Thomas Berenstein. Wiesz, że on wygrał trzykrotnie zawody stanowe Teksasie?
- Więc co robi tutaj? – zapytałem obserwując atletycznego blondyna, który właśnie robił bardzo widowiskową rozgrzewkę.
Kolejny, młodociany burak.
- Jego rodzice przenieśli się do Virginii – wyjaśniła. – W każdym razie, nawet jeśli przegrasz to nic się nie stanie. Traktują go jak objawienie sportowe. Podobno specjalnie dla niego zamykają trzy razy w tygodniu wcześniej kąpielisko, żeby mógł trenować.
Błąd. Kolejny, młodociany, bogaty burak.
W milczeniu robiliśmy rozgrzewkę. Rozciągałem mięśnie i starałem się oczyścić umysł. Kiedy po raz pierwszy wskoczyłem do wody od razu poczułem, że pływanie jest tym, co chciałbym robić przez całe swoje życie. Uwielbiałem otaczającą mnie ciszę kiedy zanurzałem się w wodzie i ten huk, kiedy ramiona młóciły powietrzę i uderzały o taflę.
<><><> 
Ściągnąłem gogle z oczu i nabrałem gwałtownie powietrza. W głowie mi dudniło, ale przede wszystkim musiałem zobaczyć tabelę wyników. Po mojej lewej stronie Thomas Berenstein robił to samo.
- Dobry jesteś – powiedział lekko, uśmiechając się wymuszenie. – Jak na świeżaczka, oczywiście.
- Dobry jesteś jak na bogatego cwaniaczka, oczywiście – odparowałem.
Był ode mnie lepszy o całe pół sekundy. Wyszliśmy z basenu. Thomas wyglądał jakby miał coś jeszcze powiedzieć, ale zamknął się. Obu z nas otoczyli nasi trenerzy z ręcznikami w ręku. Jones miała jeszcze jeden dla Jima, który zajął zaszczytne piąte miejsce. Mimo to widownia kibicowała nam mocniej niż Berensteinowi.
- O chłopie, ale wyrwałeś – mruczał mój przyjaciel. – Widziałeś, że Bud już coś żre?
- Zdziwiłbym się, gdyby wytrzymał bez posiłku tyle czasu.
Roześmieliśmy się. Chwilę jeszcze dyskutowaliśmy o Berensteinie po czym nadeszła pora na medale. Właściwie to chyba właśnie to lubiłem w Jimie. Jemu naprawdę nie zależało na zwycięstwie i naprawdę bardzo się cieszył, kiedy udawało mi się stanąć na podium.
- Robimy imprezę. Będą dziewczyny i alkohol… - zaproponował mi godzinę później, kiedy przebrani wychodziliśmy z budynku.
- Super.
- Dwudziesta?
- Znowu twoi rodzice wyjechali?
Pokiwał głową uśmiechając się.
- Będę – obiecałem.
W moim kierunku zbliżał się młodszy od nas o dwa lata Miller. Ani Jim, ani Bud nie mogli zrozumieć co lubię w tym długowłosym chłopcu w rurkach i kraciastych koszulach. Pożegnałem się z kumplem i czekałem aż Lee Miller do mnie podejdzie.
- Trzymałem za ciebie kciuki – powiedział na powitanie.
- No myślę.
- I byłeś zdecydowanie lepszy od Berensteina.
- No myślę.
Nie spuszczałem z niego wzroku czekając aż się zarumieni.
- Proszę, nie każ mi tego mówić – nerwowo bawił się swoimi rękoma.
- Wracamy razem, czy na kogoś czekasz? – zapytałem.
- Razem.
Lee Miller był chyba wszystkim tym czego normalny człowiek nie powinien lubić w innym człowieku. Drobny, chudy o wysokim, piskliwym głosie nawet wśród swoich (równie pokręconych jak on) znajomych nie mógł uchodzić za heteroseksualistę. Poznałem go pół roku wcześniej, kiedy w ramach korków dla mniej uzdolnionych uczniów musiałem pomagać mu w geometrii. W moim życiu prawie wszystko kręciło się wokół pieniędzy a działalność szkolna była szczególnie wysoko punktowana przy różnych stypendiach. Lee nie rozumiał matematyki i pozostawał raczej wyalienowany. Zawsze byłem trochę egoistą i egocentrykiem. Chyba dlatego tak łatwo przyszło mi zaakceptowanie jego nadmiernego zainteresowania i podziwu.
A potem to już samo poszło. Pewnie jestem draniem, ale chociaż w zamian za jego uczucie nie potrafiłem mu ofiarować niczego głębszego to na swój sposób pomogłem mu. Przestał mieć problemy z matematyką, dzięki temu, że parę razy okazałem mu jawnie sympatię jakoś przestał być wyrzutkiem społecznym i… od trzech miesięcy się nie ciął.
- Nie widziałem cię na zawodach – zauważyłem, kiedy wchodziliśmy razem po schodach do jego mieszkania.
- Przyszedłem jak rozmawiałeś z trener Jones – powiedział zarumieniony. – Wiesz, że napisałem piosenkę o tobie?
Zmarszczyłem czoło rozbawiony. Już sobie wyobrażałem jak straszna musiała być. Jak na króla mroku Lee pozostawał okropnie infantylny w swoich tekstach.
- Wyznałeś w niej jak bardzo cię pociągam? – rzuciłem, kiedy otwierał drzwi od swojego mieszkania.
Przepuścił mnie przodem. Odczekałem aż wejdzie za mną i zamknie drzwi. Chwilę później przycisnąłem go do ściany i pocałowałem. Westchnął niczym spragniony i entuzjastycznie zaczął oddawać mi pocałunki.
- No to co tam jest w tej piosence? – zapytałem, odrywając się od niego.
- Nazwałem cię w niej Kyla – wymamrotał. – Zresztą, zaśpiewam ją na koncercie w przyszłym miesiącu.
- Na koncercie? – podchwyciłem, niby przypadkiem wodziłem palcem po jego twarzy.
Lubiłem to jak drżał pod moim dotykiem i nawet nie udawał, że mu na mnie nie zależy. Był dość otwarty w swoich pragnieniach.
- Tak, gramy w Dark Roomie – wyjaśnił.
Och, Dark Room. Jak bardzo nienawidziłem tej głupiej speluny, którą z takim namaszczeniem traktował jako najlepsze miejsce do rozwijania swojej kariery muzycznej. Lee przywarł do mnie całym ciałem czekając aż mu pogratuluję.
Zmiąłem w ustach wszystkie słowa prawdy, które chciałem powiedzieć i rzuciłem zdawkowe:
- Bardzo się cieszę.
- Przyjdziesz?
Widziałem w jego dużych, ciemnych oczach, że znaczyło to dla niego zdecydowanie zbyt dużo. Nie cierpiałem metalu i nie darowałbym sobie gdyby ktokolwiek domyślił się, że Lee Miller nie jest tylko moim kolegą, któremu pomagam w nauce.
- Zazdroszczę ci, że mieszkasz sam – zmieniłem nieudolnie temat.
- Eee, tak. Wiesz, możesz tu zawsze wpadać – miał przybity głos i widać było, że jest mu przykro.
Litości!
- Postaram się przyjść – rzuciłem ugodowo.
- Naprawdę się postarasz?
- Pewnie – roześmiałem się prowadząc go na kanapę.
Niecierpliwie skierowałem jego dłonie na widoczne w moich spodniach wybrzuszenie. Westchnął rozpinając skórzany pasek i nerwowo odpinając guziki. Pozwoliłem mu się pieścić.
- Uwielbiam cię – mruknąłem siadając. Lee klęczał między moimi nogami. Wsunąłem dłoń w jego włosy i bezmyślnie je gładziłem.
Zawsze twierdził, że przede mną sypiał tylko z jednym człowiekiem, ale jego doświadczenie było… spore. Dokładnie wiedział, co i w którym momencie należało zrobić, żebym był zadowolony.
Jego rodzice rozwiedli się kiedy miał cztery lata. Ojciec był jakimś niespełnionym biznesmenem a matka niezbyt znaną modelką. Wychowywała go babcia, po której śmierci odziedziczył niewielką kawalerkę, w której mieszkał.
Chyba trochę mu zazdrościłem tej samodzielności, którą miał. Żadnego rodzica, który by wisiał nad głową, żadnych większych obowiązków… Nawet ta jego rozbrajająca uczciwość w kwestii tego jakiej był orientacji.
Uniósł głowę słysząc mój cichy jęk. Jak on na mnie patrzył… Zupełnie tak, jakby oddawał mi całego siebie. Od samego początku aż do końca. Syknąłem do chodząc.
Oddychałem ciężko czując jak stres związany z zawodami powoli ustępuje. Lee podniósł się na równe nogi i nieśmiało usiadł obok mnie wtulając się w moje ramie. Naciągnąłem spodnie i objąłem go. Czułem jak łomocze jego serce i jak rozpaczliwie czepia się tej wspólnej chwili.
- Może ugotujemy razem obiad? – zaproponował. – Robię bardzo dobre spaghetti.
- Wiem – cmoknąłem go w czoło, zastanawiając się czy miałem czas na takie bzdury. Chętnie zjadłbym z nim, chyba nawet chętniej niż z kimkolwiek innym ale przed imprezą u Jima musiałem jeszcze wpaść do domu i sprawdzić czy z matką wszystko dobrze.
- Proszę. Tak mało spędzamy ze sobą czasu.
- Dobra, ale mamy maksymalnie 1,5 godziny. Potem muszę wrócić do domu i przebrać się na imprezę do Jima.
Lee uśmiechnął się niewyraźnie, ale nic nie powiedział. Wstał i podszedł do kuchenki. Przez krótką chwilę podziwiałem jego opanowane, pewne ruchy i pozornie stoicki spokój. Mył pomidory na sos.
Wstałem i podszedłem do niego. Prawie, że niedbale i niby przypadkiem objąłem od tyłu. Na krótką chwilę zesztywniał ale po niej mocno oparł się o moją klatkę piersiową. Jego oddech powoli się uspokajał i dopiero w tym momencie zrozumiałem, że był zdenerwowany.
- Co się dzieje? – zapytałem, cmokając go tuż przy uchu.
- Zawsze tak będzie?
- Jak?
- Po szkole, z dala od wszystkich… - wyliczał.
Przewróciłem oczami. Czego on ode mnie oczekiwał?
- A jak powinno być?
- Inaczej – westchnął. – Bardziej normalnie.
- Normalnie – bardziej przytaknąłem niż zapytałem.
- Tak. Chodzi mi o to, że… będzie kiedyś taki dzień gdy weźmiesz mnie ze sobą na imprezę?
Zesztywniałem i zmarszczyłem brwi. To przestawało być zabawne.
- Nie wiem – powiedziałem szczerze. – To zależy od wielu spraw.
- Moglibyśmy nawet… - zawahał się. – Moglibyśmy nawet udawać, że jesteśmy tylko przyjaciółmi. Jakiś piknik albo impreza.
Przewróciłem oczami. Gdyby to naprawdę było takie proste.
- Zapominasz kim jestem – zabrzmiałem dużo zimniej niż powinienem. – I zapominasz kim ty jesteś.
- Rozumiem – wrzucił obrane i pokrojone w kostkę pomidory do garnka. – Naprawdę rozumiem – odwrócił się do mnie. – Zapomnij, że to zaproponowałem.
- Ej! – krzyknąłem łapiąc go za ramiona. – Całe liceum pracowałem na to, żeby ludzie patrzyli na mnie z podziwem – warknąłem. – Nie dam sobie tego teraz tak łatwo odebrać bo ty masz ochotę na publiczne mizianie.
- Nie powiedziałem nawet słowa o mizianiu.
- Ale to do tego zmierzało, co? Pokażmy się razem. Siedźmy razem przy ognisku. Pójdźmy na imprezę. A wtedy przypadkiem spróbujesz wziąć mnie za rękę albo zrobić coś równie głupiego.
- Nie, ja… - zaczerwienił się. – Nigdy bym tego nie zrobił. Po prostu…
- Jasne – przerwałem mu zimno. Odsunąłem się od niego i zanim zdołał mnie zatrzymać wyszedłem z jego mieszkania.

1 komentarz:

  1. Niewiele mogę na razie napisać o opowiadaniu, ale zapowiada się bardzo fajnie, więc pewnie zostanę tu na dłużej. :)
    Szkoda, że nie masz możliwości obserwowania bloga. To by ułatwiło ogarnianie nowych rozdziałów. A no i tło pod tekstem przeszkadza trochę w czytaniu, jeśli ktoś to robi na komputerze.
    Co jaki czas można się spodziewać nowych rozdziałów?
    Pozdrawiam i weny życzę. :)

    OdpowiedzUsuń