środa, 27 stycznia 2016

2. Impreza u Jima

Mandy wisiała na moim ramieniu i uśmiechała się ilekroć otworzyłem usta. Pewnie gdybym nie był tak zły na Lee doceniłbym jej ładny, obcisły top i kusą, beżową spódniczkę ale tego wieczoru nie potrafiłem tego zrobić. Byłem rozgniewany i pełen żalu. Staliśmy w grupie, każdy z piwem albo drinkiem w ręku, brat Jima zapuszczał muzykę a spora grupa licealistek z drugiej klasy kąpała się w basenie chichocząc. Jakim cudem Jim sprosił tu połowę szkoły nie wiedziałem, ale nie czułem się specjalnie dobrze w tym towarzystwie.
- Może zatańczymy? – zaproponowała moja partnerka.
Mandy była naprawdę ładna. Może nie była przyszłą królową balu, ale… na pewno byłaby w ścisłej czołówce takiej imprezy. Miała jasnorude włosy i ciemne, błyszczące oczy.
- Jeśli tylko masz ochotę – przytaknąłem.
Nienawidziłem tańczyć. Wicie się na parkiecie do muzyki puszczanej z komputera przez niespełnionego DJa było ostatnią rzeczą, na którą miałem ochotę. Całe szczęście, że akurat puścił jakąś smutną i rzewną piosenkę o miłości. Bez entuzjazmu przyciągnąłem do siebie Mandy i zaczęliśmy powoli tańczyć wtuleni w siebie. Niedaleko nas Jim obłapiał jakąś czarnoskórą i bardzo zachwyconą nim dziewczynę. Wśród innych tańczących par zobaczyłem przedstawiciela gazetki szkolnej, przewodniczącą samorządu uczniowskiego i…
- Cholera! – syknąłem zauważając siedzącego na kanapie Sir Terrego, który próbował udawać, że wcale się na mnie nie gapił chwilę wcześniej. Obok niego siedział podpity Bud.
- Co się stało? – zapytała Mandy podnosząc głowę.
Uśmiechała się uwodzicielsko, jakby czekała na pocałunkowy koniec tańca.
- Muszę porozmawiać z Jimem.
Wyglądała jakby za wszelką cenę próbowała nie parsknąć z irytacji, ale nie za bardzo jej się to udawało. Zamiast tego zachichotała jakbym powiedział bardzo dobry żart.
- Naprawdę jestem taka nudna?
- Co?
- Naprawdę jestem aż tak nudna, że podczas naszego wspólnego tańca zastanawiasz się jak wyrwać Jima z ramion Naomi? – powtórzyła. Wyglądała jakbym jej właśnie powiedział nie wiadomo jaki komplement.
- Zaprosił Rogersa – wyjaśniłem ze złością. – Dobrze wie, że nie cierpię tego małego palanta a jednak to zrobił.
Wiedziałem, że sam brzmię jak rozpuszczony gówniarz, ale jakoś mało mnie to w tej chwili obchodziło.
- Właściwie zaprosił wszystkich – zauważyła roztropnie. – Skoro Terence chciał to przyszedł.
- On tu przyszedł bo wiedział, że… - zająknąłem się bo nagle podszedł do mnie Bud. – Przepraszam – rzuciłem do Mandy i poszedłem za przyjacielem.
Buddy Morrison wyglądał na podenerwowanego. Przedzierałem się razem z nim przez tłum pijanych nastolatków zastanawiając się jak poczuła się porzucona na parkiecie Mandy. Powinienem jej powiedzieć, że wyglądała ślicznie i rewelacyjnie tańczyła. Faktycznie była śliczna chociaż niespecjalnie mnie pociągała.
- Jesteś najlepszy! – ktoś klepnął mnie po ramieniu. Posłałem mu zakłopotany uśmiech i nie zatrzymałem się nawet na moment bo Bud zamiast zwolnić przyśpieszył.
- Litości, nie możesz mi powiedzieć o co chodzi? – warknąłem gdy wreszcie stanęliśmy w pewnym oddzieleniu od reszty.
- Właśnie dostałem wiadomość od Amy – wysapał.
Krótką chwilę zastanawiałem  się o jakiej Amy mówił. W końcu dotarło do mnie, że musiał mówić o Amy Paxton, jednej z redaktorek szkolnej gazetki. Cóż, wspaniale, że ze sobą smsowali, ale co ja miałem do tego? Rzuciłem mu zdezorientowane spojrzenie.
- To wspaniale, że wam się układa…? – zaryzykowałem.
- Jest informacja o stypendium dla najlepszego sportowca – wysapał. – Nie będziesz zadowolony…
- Co?! – wrzasnąłem aż kilka osób odwróciło się w naszą stronę. – Przecież miałem je zapewnione!
- Amy napisała, że dostał je Berenstein.
- Ale to niemożliwe – zająknąłem się. – Nie po to pomagałem tłumokom w nauce… nie po to jeździłem na te cholerne zawody i… - ze złości zabrakło mi właściwych słów.
Ja potrzebowałem tych pieniędzy dużo mocniej niż Berenstein, któremu rodzice wynajmowali trzy razy w tygodniu cały basen, żeby mógł trenować. I potrzebowałem ich nie tylko dla siebie ale też po to… To było durne pół sekundy, a ta gnida przyjechała ze swojego zawszonego Teksasu kilka tygodni temu…
Bud poklepał mnie pocieszająco po ramieniu. W odróżnieniu od Jima świetnie orientował się w mojej sytuacji finansowej.
- Zawsze możesz się odwołać – podsunął cicho.
- Do Rady Nadzorczej Rogersów? – zakpiłem.
Wypowiadając ostatnie słowo przed oczami stanął mi Terence Rogers i poczułem jak bardzo go nienawidzę. W tamtej chwili nawet fakt, że nie zajmował się sportem mnie irytował. Chciałem dorwać tego dupka i dosłownie mu przyłożyć. Jak śmiał przyjść na imprezę organizowaną na moją cześć, kiedy doskonale wiedział… kiedy wiedział że zostałem perfidnie olany przez jego cholerną rodzinkę?!
- Znajdę pracę – powiedziałem poważnie.
- Masz trzy razy w tygodniu treningi – przypomniał mi. – A w pozostałe dwa wyrównawcze dla tłuków. Jeśli nie rozważasz ścieżki kariery zawodowej jako sprzedawca lemoniady to chyba nic wielkiego nie znajdziesz.
Byłem wdzięczny, że nie przypomniał mi, że weekend był jedynym czasem, kiedy mogłem pilnować matki.
- Trudno, najwyżej zrezygnuję ze sportu.
- Ayden, jesteś najlepszym pływakiem jakiego znam – zapewnił mnie lojalnie, ale wypadło to jakoś tak niezbyt naturalnie i serio.
Gdybym faktycznie był najlepszy dostałbym te pieniądze.
- Jest jeszcze stypendium za wyniki w nauce – podsunął.
- No, mam nadzieję, że przynajmniej tego nie odbierze mi ten przychlast.
<><><> 
Siedziałem podenerwowany na schodach prowadzących na piętro domu sącząc w samotności drinka. Nie miałem ochoty siedzieć z innymi. Co jakiś czas ktoś próbował do mnie podejść i zagadać, ale byłem tak zirytowany i wściekły, że niemal od razu spławiałem fatygantów. Najbardziej oberwało się czarnowłosej Trishy, która (zapewne przez fakt, że Bud zajął się Mandy) próbowała skupić na sobie całą moją uwagę. Kiedy przysiadła się do mnie w swojej kusej sukience, która odsłaniała ogromny biust i zapytała czy wygląda dobrze, odparłem, że dzisiaj dla mnie nikt nie wygląda dobrze i poprosiłem ją by dała mi święty spokój.
Obserwowałem Terence’a Rogersa, który próbował rozmawiać z jakimiś drugoklasistkami, ale niespecjalnie mu się to udawało bo dziewczyny wyglądały na mocno podchmielone i bardzo niezainteresowane jego próbami kontaktu. Uśmiechnąłem się podle pod nosem.
Sir Terry był niewysokim, dość drobnym siedemnastolatkiem o jasnych włosach, które opadały mu na czoło. Zawsze kiedy mu się przyglądałem przypominałem sobie jakim był kiedyś płaczliwym dzieciakiem. Kiedy mieliśmy po osiem lat i bawiliśmy się w piaskownicy wystarczało, że jakiekolwiek dziecko zabrało Terence’owi łopatkę, wiaderko albo cokolwiek innego a jego blada twarz momentalnie czerwieniała, ogromne brązowe oczy szkliły się łzami i zaczynał płakać. Bardzo nas to wtedy bawiło i często się zdarzało, że co złośliwsze dzieciaki celowo robiły mu coś na złość byleby tylko sprowokować w nim niekontrolowany wybuch łez i złości. Obecnie, co jakoś w taki naprawdę dziwny sposób kontrastowało z jego dziecięcym zachowaniem, wyrósł na raczej spokojnego nastolatka. Jakoś tak niedługo po rozpoczęciu liceum zaczął się też za mną włóczyć i obserwować mnie. Na początku nawet mnie bawiło, że najbogatszy dzieciak okazuje mi tak wielkie zainteresowanie ale z czasem zaczęło mnie to niemożliwie irytować.
A teraz byłem na niego coraz bardziej wściekły. Praktycznie nie spuszczałem z niego oczu, przez co on sam nie mógł mnie obserwować ale i tak co jakiś czas zerkał niepewnie w moją stronę. Mały, głupi buc. Chciałem mu dopiec. Udowodnić, że tak naprawdę nie potrzebuję pieniędzy należących do cholernych Rogersów, ale w środku aż paliło mnie z gniewu bo byłem przekonany, że tak naprawdę te pieniądze są dla mnie niezbędne.
Na dole Jim zaprowadził słaniającą się na nogach Naomi do kanapy i pomachał mi ręką. W odróżnieniu od swojej partnerki nie wyglądał nawet na odrobinę pijanego. Zamiast tego pożartował przez chwilę z kilkoma rozchichotanymi dziewczynami, wziął z lodówki piwo i ruszył w moim kierunku.
- Co tam, brachu? – zapytał siadając obok mnie. – Wyglądasz na wściekłego.
- Berenstein dostał stypendium sportowe – wyjaśniłem po prostu.
Jim zmarszczył brwi i spróbował pocieszająco objąć mnie ramieniem ale w naszym przypadku wyglądało to pokracznie i wcale nie było pokrzepiające.
- Może to nie prawda?
- Paxton napisała do Buda.
- I co? Przyjęli to od tak uchwałą w trybie pilnym? – zakpił.
- Nie wiem, może tak zrobili?
- Masz ochotę udusić Sir Terrego? – podsunął.
Obaj przyglądaliśmy się temu małemu patałachowi.
- Po co go zaprosiłeś?
- Nie zapraszałem go – Jim wzruszył ramionami. – Ogłosiłem imprezę dla wszystkich, którzy cieszą się z twojego podium.
- Mam ochotę go upokorzyć.
- To zrób to – mój przyjaciel uśmiechnął się czarująco.
Przez krótką chwilę zastanawiałem się jakby zareagował na wiadomość, że jestem biseksualny i gdyby nie nasza przyjaźń jego różne, drobne gesty mógłbym zacząć nadinterpretować. Kto, np., posiada takiego przyjaciela, który organizuje dla niego wielką imprezę po zawodach?
- Wyrwałeś ją? – zapytałem zamiast tego, wskazując brodą na zasypiającą Naomi.
- A jak myślisz? – odparł pytaniem na pytanie, ale jego oczy rozbłysły w taki sposób, że dobrze znałem odpowiedź.
Nie tylko ją wyrwał. Zdążył ją też zaliczyć. Ba, zdołał ją jeszcze przekonać, że związek jest najgłupszą rzeczą jaką mogliby zrobić i najlepiej by było, gdyby zaczęli się spotykać dla seksu. Oczywiście tylko od czasu do czasu. Bez scen zazdrości i tego typu bzdur.
- Zrobiłeś coś z Mandy?
Parsknąłem i po raz pierwszy tego wieczoru poczułem, jak wrócił mi humor.
- Po tym co mi powiedział Bud? – odparłem retorycznie.
- Nie pomyślałem – syknął, ale nadal wyglądał na rozbawionego.
- Dzisiaj mam ochotę coś zrobić tylko jednej osobie na tej imprezie – rzuciłem poważnie. – I uwierz mi, że nie jest to nic erotycznego.
Roześmieliśmy się a potem jak na komendę obaj wstaliśmy, rzuciliśmy sobie porozumiewawcze spojrzenia i ruszyliśmy w kierunku biednego Terence’a Rogersa.
- Nie rozmawiałem z nim od prawie czterech lat – szepnąłem jeszcze, ale już wiedziałem, że to nie stanowi dla nas żadnego problemu.
Sir Terry wiedział, że idę do niego. Nie mam pojęcia skąd, ale po prostu czułem, że wiedział. I nie zmyliło go nawet to, że po drodze zahaczyliśmy o stolik, z którego wziąłem dwie szklanki ponczu. Wyglądał nawet, jakby chciał się odwrócić i uciec, ale nie mógł. Nogi wrosły mu w podłogę. Mógł tylko stać między rozchichotaną Trishą a Zoe i patrzeć na mnie.
- Terence, prawda? – zapytałem uśmiechając się szeroko i podając mu alkohol.
Zaskoczony wziął go ode mnie i skinął głową.
- Jak się bawicie? – Jim objął obie dziewczyny, które stały przy nim i spoglądał to na jedną to na drugą z zafascynowaniem. – Jakim cudem wcześniej do was nie podeszliśmy?
Odpowiedziały mu coś ale nie zwracałem na to uwagi. Patrzyłem na Sir Terrego a on, czerwony z zażenowania, oglądał swój poncz i bał się podnieść na mnie wzrok.
- Jest taki zwyczaj – zacząłem konfidencjonalnym tonem – że trzeba zawsze wypić za zdrowie osoby, dla której organizuje się imprezę. Wszyscy się z tym zgadzają? – Po ostatnim pytaniu spojrzałem na Trishę i Zoe, które entuzjastycznie pokiwały głowami. – Jim, czemu nie przyniosłeś im ponczu?
Mój przyjaciel puścił mi oko i zaprosił Trishę, żeby pomogła mu przynieść trzy szklaneczki alkoholu.
- Ja już piłem twoje zdrowie – mruknął Terence i znowu zwróciłem na niego uwagę. – Moim zdaniem byłeś najlepszy.
- No ba! – pisnęła Zoe, która wykorzystała moment nieuwagi Jima i przykleiła się do mojego ramienia. – Wszyscy wiedzą, że Ayden Cooper jest najlepszy!
- Pochlebiacie mi – udałem, że wzdycham skromnie. – To nie szkodzi, że piłeś już moje zdrowie. Możesz przecież wypić jeszcze raz. Ze mną. Nie zrobisz tego? Zoe na pewno nie ma nic przeciw.
Entuzjastyczny chichot Zoe najdobitniej świadczył o tym, że jest wprost zachwycona nagłą atencją, którą ode mnie otrzymała. Nie spuszczałem wzroku z Sir Terrego.
- Pewnie – uśmiechnął się.
Miał całkiem inny sposób okazywała radości niż większość ludzi, których znałem. Przede wszystkim od razu zauważyłem, że był nie do końca szczery. Poza tym, że wykrzywił wargi, jego oczy pozostały rozmarzone i zastanawiające się nad czymś.
- Po prostu chciałem… chciałem powiedzieć, że nawet gdybyś nie podszedł ja wypiłem twoje zdrowie.
To co powiedział było tak głupie, że wybuchnąłem śmiechem razem z Zoe. To zabrzmiało prawie tak, jakby się przyznawał, że od trzech lat chodzi na imprezy, na których się pojawiam tylko po to, żeby wypić moje zdrowie. Co za głupi palant. Całe szczęście, że wrócili Jim i Trisha niosąc alkohol.
- Twoje zdrowie stary, obyś zawsze wygrywał! – rzucił mój przyjaciel patrząc mi z błyskiem w oczy. – Panowie do dna, panie jak dadzą radę! – dodał jeszcze unosząc puszkę z piwem.
Sir Terry nie wyglądał na przekonanego. Trudno mu się było dziwić. W odróżnieniu od pozostałych miał pełną szklankę ponczu. Przez chwilę patrzył wprost na mnie i zdawało mi się, że zamierza zaprotestować, ale zmienił zdanie. Uniósł alkohol i wypił go jednym haustem.
Z satysfakcją obserwowałem jak się skrzywił a jego duże, brązowe oczy zaszły łzami ale przełknął wszystko do dna.
- Twoje zdrowie – rzucił odstawiając pustą szklankę na stolik. – Ja… chyba się będę zbierał.
- Nie idź jeszcze – odruchowo złapałem go za ramię. – Nie rozmawialiśmy od lat.
- Nie myślałem, że… możesz być zainteresowany tym co u mnie – wybąkał. Alkohol powoli rozlewał się po jego organizmie i zaczęły mu już płonąć policzki.
Rzuciłem szybkie spojrzenie na Jima, który mrugnął do mnie porozumiewawczo.
- Co ty na to, żebyśmy tak zwyczajnie pogadali? – zaproponowałem.
Brzmiało to nienaturalnie i sztucznie. I to było widać. Zoe i Trisha chichotały, jakby już wiedziały o co chodzi, obejmujący je Derrick też był rozbawiony a sam Terence wyglądał na wściekłego i pełnego nadziei jednocześnie. Patrzyłem na niego uśmiechając się fałszywie, w moich oczach tliły się fałszywe błyski przyjaźni a Rogers doskonale wiedział, że nie mogę mu zaoferować niczego dobrego.
- Jasne, jeśli tylko chcesz – odparł powoli.
Upicie go nie było trudne. Ilekroć ja podnosiłem do ust alkohol on też to robił, ilekroć próbował wstać, zatrzymywałem go. Na początku rozmowa się nie kleiła. Pozostawał nieufny i pełen dystansu. Z czasem (i zapewne przez ilość alkoholu) zaczął się otwierać.
- To miłe, że zechciałeś ze mną porozmawiać – powiedział w końcu a jego głos brzmiał już odrobinę bełkotliwie. – Ty zawsze rozmawiasz ze wszystkimi, nawet z tymi, których nikt nie lubi – dodał. – Jesteś miły.
Biorąc pod uwagę co zamierzałem mu zrobić, określenie miły było ostatnim, którego użyłbym w odniesieniu do siebie. Przyglądałem się uważnie jego zaczerwienionej twarzy, błyszczącym oczom i krwistoczerwonym od ponczu ustom. Wydawał się tak strasznie naiwny i prosty, że prawie przestałem się na niego złościć.
- Czemu mnie ciągle obserwujesz? – zapytałem, zamiast podziękować mu za komplement.
- Bo cię podziwiam – wyznał z rozbrajającą szczerością. – Jesteś miły, odważny, inteligentny, wszyscy cię lubią, jesteś rewelacyjnym sportowcem i… i jesteś taki przystojny, nic dziwnego, że dziewczyny się za tobą oglądają.
Uniosłem ironicznie brew do góry. No bez jaj, naprawdę? Miałem ochotę się roześmiać słysząc te wszystkie peany na swoją cześć. Mały, głupi Sir Terry się we mnie zabujał? To się robiło okrutnie zabawne.
- Nie rób ze mnie baby – rzuciłem siląc się na żart.
Dla sprawdzenia swoich przypuszczeń poczochrałem jego jasne włosy. Widziałem jak mimowolnie rozchyla usta i wstrzymuje oddech. To nie był dowcip. Siedzący obok mnie dupek naprawdę się we mnie zabujał. Nagle wszystko co robił ułożyło mi się w jedną, spójną całość. Nie, żebym wcześniej nie przypuszczał, że Rogers może być taki, ale…
Litości, przecież on się nawet z tym nie potrafił ukryć.
- Nie powinienem tego mówić – wybąkał.
- No nie powinieneś – przyznałem unosząc szklankę z ponczem do góry. – Twoje zdrowie.
Dwadzieścia minut później był już kompletnie pijany. Podtrzymując jego głowę pozwalałem mu zwymiotować. Na wpół zgiętego zaprowadziłem do łazienki. Pozostało już niewielu imprezowiczów, ale i tak ci, którzy byli wystarczyli by zapytać mnie czy nie potrzebuję pomocy z pijanym głupkiem.
- Jaki wstyd… – jęknął w przerwie między torsjami.
- Każdemu się może zdarzyć – burknąłem.
Klęczeliśmy wspólnie nad toaletą. Prawie lubiłem go w tej chwili. Takiego upodlonego, który musiał mi się w całości podporządkować. Teraz nie liczyło się, że przez jedną decyzję jego głupiej rodziny nie dostałem stypendium, które mi się należało. Mogłem go teraz upokorzyć i do reszty zniszczyć jego reputację.
Jim wsunął głowę do łazienki i pokazał mi ręką, że ma ze sobą aparat. Zanim zdołałem zareagować zrobił Terence’owi zdjęcie i wyszczerzył się do mnie radośnie.
- Poczekaj – powiedziałem do niego.
Sir Terry uniósł nieprzytomnie głowę.
- Już mi trochę lepiej – wymamrotał. – Już się będę zbierał…
- Oj, chłopie, ale się upodliłeś – rzucił rozbawiony Derrick.
- Nigdzie się nie będziesz zbierał – zaprzeczyłem. – W tym stanie daleko nie zajdziesz nawet jak wpakujemy cię do taksówki.
- Jesteś… taki… opiekuńczy… - wybełkotał.
Odruchowo przyciągnąłem go do siebie i pozwoliłem, żeby zamknął oczy opierając się o moją klatkę piersiową. Jim zachichotał.
- Co za kretyn – wyszeptał. – Publikujemy?
Pokręciłem przecząco głową. Miałem zdecydowanie lepszy pomysł.

- Tak sobie pomyślałem, że mogę zrobić coś więcej niż tylko upić go na imprezie – wycedziłem. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz